bezruch
jałowa ziemia, stół, jeszcze jest cień
i gorzki zapach wspomnienia osiada na dnie
jak syrop, dziki szczep. bezruch, oto gdzie leży bóg
służy do tego łóżko, rozmowa zawsze
jest w pozycji poziomej, ty tam ja tu.
nigdy odwrotnie. stół, są dwa krzesła, nic więcej nie wiem,
wszystko się dzieje pomiędzy tymi rzeczami
każda ma własny odech, zużyte istnienie
(tylko domyślam się znaczeń, tylko przypuszczam
podobieństwo z tym światem). osiada na dnie,
fermentuje, podnosi temperaturę ciała,
ale go nie spala. suche powietrze,
suchy rytm wydm, miejsce najmniejszego oporu-
oto gdzie leży bóg. i drzwi nas tylko dzielą,
mówimy przez ścianę. nie było nigdy dalej.
i tak bez końca. czekam aż wywietrzeje
przy otwartych oknach
naturalny zapach naszych grzechów
aż zmyję z pleców dotyk dłoni, a nasze ubrania i książki
nie będą duszone w plastiku.
odetchną po pokojach rozrzucone.
w końcu damy im miejsce najwłaściwsze
według nauk wschodu
w interpretacji własnej.
teatr nocą. teatr za dnia. reszta jest milczeniem.
“…bo natura ludzka, od przeciwności wiecznie obolała, przyzwyczajona do nich, uśmiech losu potrafi przyjąć, poradzić z nim sobie, tylko gdy jego rewersem jest wzgarda okazywana tym, których los zawiódł.
przeklęta Pokrętność naszej natury zna jedną postać prostoty: otwarte łajdacwto…”
William Shakespeare
lekko.duszność.
…
idąc w tamtą stronę tak jakby wcale się iść nie chciało, krokiem niefinezyjnym, pomału, na niebywale obrażonych nogach…Idę bezwiednie. Poza ciałem, ogranioczona do własnej postaci. pojedyńcza w powietrzu i niepoliczalna w dłoniach- Cisza .nie sroga, nie bolesna, nie trudna ani nie do zniesienia. poprostu cisza. Taka jaką lubię najbardziej o tej porze roku. pod stopami nieumiejący latać latawiec, który patrzył na życie zawsze jak na odrzucone próby.

a na wyciągnięcie ręki…
….zatrute studnie. skamieniałe pałace. brudne gesty…i echo starych prawd co sypie w oczy brudny piach…
lubię smutek pustych plaż. i leżeć z kłosem w zębach patrząc jak morze przykrywa zdarzenia i Skutki. Myśli moje nie dość lekkie bym mogła spokojnie spaść z nieba na otwarty parasol przypadkowego przechodnia. oddycham ciężko nielirycznym światem. we mnie moje rzetelne dorzecze wydumanych marzeń… i ogromny kapelusz na głowie. a wiatr zrywa kapelusze z głów i nie ma na to rady. rzeczywistość wymaga.

Wszystko cokolwiek istnieje, czy musi istnieć tylko w jeden sposób? trudno jest świat złapać na inności. Drzewo spuszczone z oczu nie zmieni się w krzesło. Czy tak wygląda właściwy , ostateczny Świat? .

Słowa na wiatr wyfruwają lekko tak…a wiatr weźmie je i uniesie wysoko gdzieś…na białych skrzydłach mew..Tam ską nie będą mogły ranić mnie.
…
marzenia nieskładne. myśli nie dość lekkie.
ze wszystkich sił należy podkreślić przypadkowość tych przedziwnych zdarzeń jakie przez lekko niedomknięte okno prześlizgnęły się tego wieczoru wpadając wprost do nieszczelnej szkatułki jej życia.
Nigdy nie okazywał uczuć wprost. K. poprostu korzystając z jej chwilowej nieuwagi odważył się zerknąć w jej stronę i powierzchownie zbadać zieloną taflę jezior Jej oczu. A niedosyt spowodowany ukratkowością spojrzeń na zawsze zmienił spokój jego duszy.
nie da się ukryć, że nie spotkał jej przypadkiem. Tego wieczoru szaro- niebieski Kot , łobuzersko grasował pośród kolorowej armii myśli w jego głowie. i zanim blado-żółty liść dotknął smutnej powierzchni niespełnienia on wiedział juz jakimi książkami karmi swój umysł, jaka muzyka śpi i tańczy w jej duszy. wiedział, gdzie najchętniej siada w teatrze. wiedział, też , że woli zmierzch od świtu. Ale co dnia siadał obok i spoglądał zawsze ukradkiem. analizował wewnątrz siebie niezliczone panoramy , zestawy i kompozycje barw jej oczu. badawczość ta była wstydliwym objawem szarości tunelu jego niespełnionych pragnień. pomyślał: Wątpliwości, absurdalne i niemal bluźniercze – oto kolejna niespodzianka, która przytrafiła mnie się na moim powietrznym szlaku marzeń i kamiennych stepach niewykorzystanych możliwości.
być może tylko zdawało mu się, że w chwilimocniejszego drgnienia wiatru zwróciła się do niego: spójrz na mnie- ja jestem światłem Twojej twarzy, pożywieniem wiatru. we mnie jest mnóstwo korytarzy i ciężka nieśmiałość Twoich spojrzeń. w moich oczach zbiegają się drogi gwiazd. Znam ścieżkę lotu biedronek i piękno szmaragdowych snów. Jestem ostatnim uśmiechem Twoich ust.
Wtedy on spojrzał na nią zupełnia inaczej. Dotychczas nigdy na nikogo nie patrzył w ten sposób.
wiedział już, że może ją poznać, choć nie zazna jej nigdy. że choć całą powierzchnią Duszy zwraca się do niego to szmaragdowy smak jej myśli pozostanie na zawsze zagadką. i tak postanowił kochać Ją do końca życia. I przez lekko niedomknięte okno do szkatułki jej życia prześlizgnęła się chwila kochania, którą do teraz mocno trzyma w swoich nieszczelnych dłoniach…
chichocząca igraszka Sił.
…
no ordinary love
…w każdym bądź razie K. przyłapał sie na tym,że zerka spod oka na siedzacą przy nim dziewczynę-że spogląda na nią,jak gdyby widział ją po raz pierwszy w życiu, jak gdyby była mu zupełnie obca.Owszem,bardzo ładna,czarująca… ale czy ta tawarz nie jest trochę pozbawiona charakteru,trochę monotonna przez ten niezmienny paradoks pozornej skromności i ironii?A jeżeli się odbierze jej te dwie cechy, co pozostaje?Jałowy, nudny egoizm.Myślał i analizował jej zamyślony wzrok wewnątrz siebie… być może wcale nie wiedział i nieświadomie kłamał kochając tą ,która jego pragnęła miłości, by z uczuć jej spijać rozkosz zwycięstwa. I tak nawet o tym nie wiedząc, pożarem serca jej oddanego rozpalał chłód swojej nicości. Wtedy właśnie ona zwróciła się do niego: Nie interesuje mnie, czym się trudnisz. Chcę wiedzieć, nad czyn bolejesz i czy śmiesz marzyć o spotkaniu z tym, za czym tęskni twoje serce. Nie interesuje mnie, ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy gotów jesteś wyjść na głupca dla miłości, dla marzeń, dla przygody, jaką jest życie. Nie interesuje mnie, jakie planety zrównają się z twoim księżycem. Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś środka własnego smutku, czy zdradzony otwarłeś się, czy skurczyłeś się i zamknąłeś w sobie ze strachu przed dalszym cierpieniem! Chce wiedzieć ,czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub twoim, nie poruszając się by go ukryć, stłumić lub uleczyć.

Pragnę wiedzieć, czy możesz współistnieć z radością, moja lub swoją, czy umiesz zapomnieć się w tańcu i pozwolić, by ekstaza wypełniła cię po czubki dłoni i stóp, nie każąc zachowywać ostrożności, myśleć realistycznie czy pamiętać o ograniczeniach kondycji ludzkiej. Nie interesuje mnie, czy opowiadasz mi prawdziwą historię. Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarowywać innych, tak, by pozostać wiernym sobie ,czy umiałbyś znieść oskarżenie o zdradę i nie zdradzić własnej duszy.Chcę wiedzieć, czy potrafisz zaufać, a zatem i być godnym zaufania. Chcę wiedzieć, czy potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie co dzień jest ładna pogoda, Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć z porażką, nie tylko swoją. Nie interesuje mnie, kim jesteś, skąd się tu wziąłeś .Chcę wiedzieć, czy staniesz ze mną w środku ognia i nie cofniesz się. Nie interesuje mnie, gdzie, jakie i u kogo pobierałeś nauki.Chcę wiedzieć co cię podtrzymuje od środka, gdy wszystko inne kpi i znika.
Chciałabym choć raz spojrzeć na świat Twoimi oczami.

wtedy on spojrzał na nią zupełnie inaczej. Dotychczas jeszcze na nikogo nie patrzył w ten sposób…
zdjęcia: Karol Szymański :*
gość. i wynikające z tego zdziwienie.
- A więc tak wyglądają u Was Święta. Człowiek się stale uczy.
- Źle Ci u nas?
- Dość dysproporcjonalnie.
- Chyba nie rozumiem.
- Spory chaos.
- Ale w imię pokoju.
- Fakt.
- Daj się porwać. Sam zrozumiesz.
- Z pewnością.
- Pobiegnę pod pierwszą Gwiazdkę. W biegu nie dojrzę nic i pomyślę: wszystko jest dość proste.
- Właśnie tak.
- Taką macie tu teorię?
- Nie. Taką mamy tu mniejszą linię oporu.
- A więc tak wyglądają u Was Święta.
- Przepraszam, spieszę się.

kolory figowego drzewa.
Konieczne są chwile przejścia brzegiem własnego życia, by zrozumieć przypływy radości i odpływy żalu. Koniecznie jest przejście piaszczystą stroną własnego życia, na której nic się nie udało zbudować, bo zabrakło podłoża ze skały. Konieczne są chwile zadumy, by uniknąć smutku. Nie jest straconym życie, które stawia pytania, nie są pustymi chwile, w których trzeba szukać. Każdy dzień jest wyprawą w krainę nadziei, poszukiwaniem ukrytych skarbów i perełł, dla których można wyrzec się wszystkiego. Muszę odnaleźć perłę swego życia, pod falami przypływów dostrzec skarb jedyny. Cenny jak wieczność. Drogi jak królestwo.
gdzieś tu chyba..zakpił los. ?
potrzeba subordynacji. swoboda twórcza i stabilizacja kierunku. cele.
Na kartce schemat działania. próba realizacji. zwycięstwo samodyscypliny.
zmęczenie. konieczność.

nadrzędne sprawy. i te mniej ważne. porządek ,zamiast nieporząku-wytrwałość .
Ty- czuwaj blisko, czujnym okiem krytykuj spadek wartości. zaniedbanie niebywale ważnych błahostek. bądź obok. niech czujność nie idzie spać.
chcę Cię na łatwe i trudne chwile.
( zdjęcie cyknął Łukasz z nad morza. )
Kwadratura Koła.
tyle trzeba marzeń. wywietrzyć, wymodlić. Tyle dróg zadeptać. Tyle gwiazd zanudzić. Wydnić. Wymiesięcznić. Wyscenarzyć lata. Tyle jeszcze trzeba wychmurzyć. Wydeszczyć. Tyle słów zasadzić, by później podlewać. Wypoecić wszystko , co się wewnątrz gnieździ. i pisklaczy czasem wczesną wiosną. Tyle dłoni wyminąć, by wpaść wreszcie w jakieś. Spłonąć w swej zieleni i spomarańczowieć. Tyle słów wymówić, by nauczyć paru. Stworzyć własne -ale- symbol zapytania. Łez tyle wytęsknić i tyle wycieszyć. wysmaczyć. wycierpieć. wytracić. wywalczyć .
Żeby wyczasowić nasz odcinek świata. wyskrzydlić. zajaśnieć i nauczyć latać.
“samolot pisze wiersz na niebie. wysyłam go do Ciebie.Czekam. przyleć i mnie weź.
Chcę pokochać Anioła, który ma na moim punkcie fioła”
Polecimy razem na niebieskie łąki. Tam się wystroimy jak gwiezdne pająki.
kolorowa bariera raju.
wciąż wieczność jest z nami, choć czasem nam się zdaje, że wszystko jest nietrwałe. Więc trochę .Na Niby. patrzymy całkiem śmiało, a wewnątrz drży fizyczne ciało… Ale w oczach mamy blask i ciemność nie kapie z zegarka jak z rany. Patrz -mówiłeś – tak wszystko na oczach się zmienia jak pasikonik za szybko zielony. Miłości wystarczy, że jest.

Szkoda, że kiedy tylko zdarzy mi się wyjrzeć przez okno ( bo z domu dawno już nie lubię wychodzić do ludzi) widzę jak drapieżna miłość konkretu domaga się ofiar. Nie napełniam śmiechem martwego pokoju. Nie opieram łokci na szumiącym dębie stołu. Nie łamię losu. Nie ufam sztuczkom wyobraźni. Fortepian na szczycie mojej góry grał fałszywe koncerty. zamknęłam okno.
Komentarze (4)
Komentarze (8)
Komentarze (6)