Bogowie nasycyli nas zgryzotą. Chełpimy się nią z ochotą.

Należy uciekać od środowisk nieautentycznych. Od wyższości na granicy manii, od bałaganienia, towarzyskości pozornej. Kipi. Wielkie miasta, sztuczne trawy, ważni ludzie na wysokich stanowiskach kontemplują, kompletują i komentują rzeczywistość. Budują. Budują bramy do królestwa Hodowców Pleśni. Wszędzie rozgardiasz. Lichota. Zasięgają porad w piekle przepowiedni. Mówią językiem pleśni, cieni, butwiejego drewna. Mają oczy z papieru, twarze z pajęczyn, ale oblekają się w szaty, a ilu z nich startuje w biegach po złoty medal? To wyścig. Wyścig po aureolę chwały. Wymuszone uśmiechy, rozmowy przez ściany, bezruch. wszystko fermentuje i podnosi temperaturę ciała. Wszystko , aby ktoś w końcu wzniósł okrzyk. Po to, by nie pozwalać na kneblowanie sobie ust ,wycinanie zdrowych drzew i posypywanie chodnika popiołem. Można jeszcze zastąpić język pleśni szczerym gestem. Można zostawić uchyloną furtkę dla sąsiada z pierwszego piętra. Czasem taki drobiazg przechyla szalę wagi. Sama zadbam o to, aby widok rzeczy po mnie nie był wstrząsający. I przejdę się ulicą z rozważną czułością i milczącym namysłem. Nieodwracalne zmiany spróbuję cofnąć na głębokim wdechu. To moje dowody powrotu do miasta. Miasta źle dobranych smaków, usiądę i obiorę pomarańcz, a ktoś na chwilę zatrzyma paplaninę świata i wszyscy usłyszą jak skórka spada na dywan. Wasze jest czarne. Moje zielone.  Jest jeszcze coś co w biegu rzeczy można ocalić… dach który przecieka, liście, topole za oknem , albo światło w sieni. I siebie.

Żadnych komentarzy.

Zostaw odpowiedź