Archiwum z wrzesień, 2008|Strona archiwum miesięcznego

dążymy, mijamy….

Namiętności są nadzwyczaj rzadkie. W naszej epoce wyrosło tyle barykad w obyczajach, co na ulicach.Dziś chcę czuć, że sięgam ruchomej granicy za którą spełnia się barwa i dźwięk. Wierzę, że dosięgnę. Pogodnie patrząca pójdę górami w miękkim blasku dnia nad wody, miasta, drogi, obyczaje. Tymczasem… gubią się myśli. Także miasta. Szybko odprawiam obrzęd sekundy zanim zastygnę w półmroku bagnistej przepaści. I zamieszkam w krainie, w której mieści się pierwsza i najważniejsza potrzeba umysłu, ta sama potrzeba , która powołała do życia geometrię i nauki ścisłe, filozofię i religię, wreszcie moralność i sztukę… I będę czekać cierpliwie, aż we mnie wyrosną nowe ziarna i aż nowe obmyją mnie świty….

Bogowie nasycyli nas zgryzotą. Chełpimy się nią z ochotą.

Należy uciekać od środowisk nieautentycznych. Od wyższości na granicy manii, od bałaganienia, towarzyskości pozornej. Kipi. Wielkie miasta, sztuczne trawy, ważni ludzie na wysokich stanowiskach kontemplują, kompletują i komentują rzeczywistość. Budują. Budują bramy do królestwa Hodowców Pleśni. Wszędzie rozgardiasz. Lichota. Zasięgają porad w piekle przepowiedni. Mówią językiem pleśni, cieni, butwiejego drewna. Mają oczy z papieru, twarze z pajęczyn, ale oblekają się w szaty, a ilu z nich startuje w biegach po złoty medal? To wyścig. Wyścig po aureolę chwały. Wymuszone uśmiechy, rozmowy przez ściany, bezruch. wszystko fermentuje i podnosi temperaturę ciała. Wszystko , aby ktoś w końcu wzniósł okrzyk. Po to, by nie pozwalać na kneblowanie sobie ust ,wycinanie zdrowych drzew i posypywanie chodnika popiołem. Można jeszcze zastąpić język pleśni szczerym gestem. Można zostawić uchyloną furtkę dla sąsiada z pierwszego piętra. Czasem taki drobiazg przechyla szalę wagi. Sama zadbam o to, aby widok rzeczy po mnie nie był wstrząsający. I przejdę się ulicą z rozważną czułością i milczącym namysłem. Nieodwracalne zmiany spróbuję cofnąć na głębokim wdechu. To moje dowody powrotu do miasta. Miasta źle dobranych smaków, usiądę i obiorę pomarańcz, a ktoś na chwilę zatrzyma paplaninę świata i wszyscy usłyszą jak skórka spada na dywan. Wasze jest czarne. Moje zielone.  Jest jeszcze coś co w biegu rzeczy można ocalić… dach który przecieka, liście, topole za oknem , albo światło w sieni. I siebie.