Czcze majaczenie…

wczesne świty, wśród głębokiego pochrapywania cedrowych schodów, wśród ich dżwięcznego rezonansu porannych dogorywań. W tej ciszy , solennej, niezmąconej, wzbierającej bujnymi fantazjami i w moim siedzeniu dumającym, bezmyślnym, w wegetatywnym porannym osłupieniu, zadziwnieniu, zagubieniu- w tej ciszy usłyszałam motyli trzepot gdzieś w niezbadanej przestrzeni pół śniącej, lśniącej dolinie pościeli… Oczy jescze nie mogą unieść jaśniejącego świtu ciężkiej godziny piątej trzydzieści pięć.. Bohaterskość pierzyny chroni mnie przed wiatrem wywołanym motylimi i ptasimi popisami, rannymi wygłupami, figlami. Po chwili z tych błogich otumanień  i zatraconych dali powracam do siebie. Równo ze zderzeniem stopy z ziemią gwardia niewidocznych mieszkańców moich szaf, szuflad i przestrzeni pudełek wychodzi z sennego letargu i wspólnie witamy dzień. Ostatnie dochodzą do siebie zaspane zegary, pierzaste fantazmaty, które napełniają pokój bajecznym, kolorowym trzepotem,  łomotem, strzępami szafiru, szmaragdu, purpury i karmazynu.. Gramolę  się , zwlekam, ociągam jak pająk przechadzający się po kruszejącym w pajęczynach rumowisku….jak chrabąszcz obwąchuję  czułkami słodki świt i zapach cynamonu w kuchni. Po powiekach dzień przelewa się sennie, od błogiego stanu porannego otumanienia po poranną toaletę. Rozklejanie powiek, przyklejanie kolorowych ust, by móc imaginować heroiczne tyrady, bufonady… a potem  zwijanie obozowiska pościeli i rozwijanie pawiego wachlarza z całą sklalą samowystarczającej kobiecości. Ściągam ciężką mgłę z karku Przyjaciela, by zobaczył te cuda i nie siedział zgarboiny na ławce w parku w niezgrabnej wczorajszej jeszce pozie.  Inni mącą sobie myśli bezmyślnymi , bezforemnymi ogromami koniecznych kalkulacji i ślinią się bezwiednie w głuchym zamroczeniu. Ale nie  MY. Spójrz tylko Kochany na te  gaworzenia drzew, na te filuterne gałęzienia i welon ćwierkania unoszący się nad bladym kiełkiem Słońca. Po plecach  biegnie już parę złotych pulsów, łapmy je zanim Słońce ułoży się w zamyśleniu obłoków. to dla Nas barwy świata wstępują na podesty, koturny i  cedrowe schody, by łagodnie zstąpić z nich różową godziną zmierzchu i zaskoczyć nas zasypiających pod ostatnią purpurą zorzy..

Taka jest wiosna. Ledwo wyczuwalny powiew przepływający ponad wierzchołkami drzew, ziewania tulipanów, budzenie chodników tupaniem lekkich trzewików, ledwo słyszalne westchnienia pąków i kruszenia sadzawek, świetliste majaczenia drżących wiązek melodii. Budzę się głęboko wypoczęta do całkiem nowego świtu!Przez noc na Wczoraj i na PrzedWczoraj  wystrzeliły pąki i jasne , gęste pączkowanie  wysypało się nieodwracalnie.  Tak zazielenia się wiosna zapomnieniem, tak odzyskują drzewa, krzaki i my  słodką i naiwną niewiedzę.I w końcu tak budzę się Ja mająca korzenie  pogrążone w starych dziejach byśmy pełni sił i nowej wiary mogli na nowo uczyć się sylabizować blade fascynacje i dreszcze letargiczne… na nowo poznawać gramatykę nocy i dni…

 zdjęcia: Kasia Janczewska www.kasiaj.digart.pl

1 comment so far

  1. Mag on

    Nikt nigdy nie zgłębi zamysłów Wiosny – mawiał Mistrz Schulz, ja myślę, że tym wpisem udowodniłaś Kasiu, że nawet Największy mogą się mylić.

    Cudnej urody to Twoje pisanie :)


Zostaw odpowiedź