Archiwum z maj, 2007|Strona archiwum miesięcznego

Za słaba, aby mówić. Rozchylam tylko wargi, odbijam je na szybie powietrza.  Dookoła spokój, Pochylam głowę- jakby pod wielki wiatr. Płowieją długie aleje i łzy mnie już opuściły. Zamykam w dłoniach twarz pogrążona w sadzawce leniwego ciała. Przez oczy przechodzi karawana obrazów, mój wzrok jest lustrem albo sitem przez które sączy się chwiejna mądrość wilgotnych oczu.

      

prze padło.

Wszystkie próby oddalenia

tak zwanego kielicha goryczy-

przez refleksję

opentańczą akcję na rzecz bezdomnych kotów

głęboki oddech

religię-

zawiodły

należy zgodzić się

pochylić łagodnie głowę

nie załamywać rąk

posługiwać się cierpieniem w miarę łagodnie

jak protezą

bez fałszywego wstydu

ale także bez pychy

nie wywijać kikutem

nad głowami innych

nie stukać białą laską

w okna sytych

pić wyciąg gorzkich ziół

ale nie do dna

zostawić przezornie

parę łyków na przyszłość

przyjąć

ale równocześnie

wyodrębnić w sobie

i jeśli to jest możliwe

stworzyć z materii cierpienia

rzecz albo osobę

grać

z nim

oczywiście

grać

bawić się z nim

bardzo ostrożnie

jak z chorym dzieckiem

wymuszając w końcu

głupimi sztuczkami

nikły

uśmiech

Zbigniew Herbert

Warianty.

Siadam przed lustrem. Kurtyna w górę. Opadają czarodziejskie stroje. Oto zarzut, który muszę przedstawić. Ma on zdrowy rdzeń, konserwuje go teoria. Dzieje się to tak, Wielki Zarzut, któremu nic stać się nie może bierze małą dziewczynkę za rękę, ten Wielki kroczy, ta mała podskakuje, ale gdy ta mała zamienia się  kobietę zaczyna tę rzecz rozważać. Patrzy na siebie w lustrze. Jeszcze posiada w sobie pewien dobry punkt zaczepienia, ale do pewnego stopnia nie posiada juz przynależnego doń ciała.

Niedoskonałość moja nie jest wrodzona dlatego tym boleśniej przychodzi mi ją znosić. Bo ja tak jak każdy posiadam w sobie od urodzenia jakąś dozę rozwagi, której nawet najbardziej wariackie pomysły nie są w stanie doprowadzić do obłędu.  Widzę siebie i w sobie szukam skruchy, bo skrucha dobrze by mi zrobiła, wszak wypłakuje się w samej sobie, odsuwa ból i załatwia każdą sprawę sama jak uczciwą transakcję.

Moja niedoskonołośc jak powiedziałam, nie jest wrodzona, ani zasłużona, pomimo to znoszę ją lepiej, aniżeli inni z wielkim wysiłkiem wyobraźni i za pomocą wyszukanych środków znoszą o wiele mniejsze nieszczęścia, a przy tym wcale nie poczerwieniałam na twarzy od rozpaczy, lecz jestem rumiana i biała.

To, czym jestem teraz, najwyraźniej objawia mi się w sile, z jaką zarzuty chcą wydobyć się ze mnie. Bywały okresy, gdy nie znajdowałam w sobie niczego prócz miotanych wściekłością zarzutów, do tego stopnia, że w dobrym samopoczuciu przytrzymywałam się na ulicy obcych ludzi, ponieważ zarzuty przelewały się we mnie z jednej strony na drugą jak woda w miednicy, którą się szybko niesie. to wszystko minęło. Dziś zarzuty leżą we mnie  dookoła jak obce narzędzia, które ledwie jeszcze mam odwagę chwycić i podnieść. Przy tym zepsucie moje zdaje się jeszcze czasem działać na nowo we mnie, mania wspomnień, a wydarzenia “wczorajsze” dawniej tak częste jak jedzenie, obecnie są już tak rzadkie, że je notuję.

to była deszczowa noc. Leżałam w łóżku, a deszcz głośno bębnił w okno, jakgdyby uderzał w moją własą pierś. Na krawędzi wystającego dachu krople zjawiają się mechanicznie jak światło, które zapala się wzdłuż lini ulicznych domów. Potem spadają. Nagle jakiś młodzieniec pędzi jak dzikie zwierzę poprzez łąkę i bierze kąpiel deszczową oczyszczając ciało z cierpień. Uderzanie kropel w nocy. Człowiek siedzi jak w futerale na skrzypce. Rano znowu bieg, pod nami miękka ziemia, wznoszące się ku górze pnie. Bujające , szerokolistne gałęzie drzew.

Jakaś słabość, niedostatek czegoś, wyraźny, ale trudny do opisania; jest to mieszanka bojaźni, powściągliwości, gadatliwości, oziębłości- chcę przez to opisać coś określonego, zespół słabości, które w pewnym szczególnym aspekcie stanowią jedną, dokładnie scharakteryzowaną słabość ( która już na szczęście nie wiąże się z tak wielkimi występkami, jak kłamliwość, próżność itd.). Słabość owa powstrzymuje mnie zarówno przed obłędem, jak i przed każdym wzlotem. Ponieważ powstrzymuje mnie przed obłędem, pielęgnuję ją; ze strachu przed obłędem poświęcam wzlot.   STAŁOŚĆ. Nie chcę rozwijać się w sposób określony, chcę znaleźć się na innym miejscu, które jest w rzeczywistości owym “wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” ; wystarczyłoby mi , gdyby miejsce, na którym stoję, mogłabym ogarnąć wzrokiem jako całkiem inne.

Zamiast z dumnie podniesioną głową chwiać się na wysokich obcasach jestem ciągle jeszcze dziwacznym stworzeniem w przebraniu i mój baśniowy ogon co jakiś czas wysuwa się spod rąbka nowej, eleganckiej sukienki, a kapelusz mój zamiast dodawać blasku- podskakuje, w najlepszym razie opada na oczy, a nie rzadko turla się po podłodze. I jak tu dorosnąć w tym dziwnym świecie , pełnym granic, które trzeba przekraczać….