Archiwum z kwiecień, 2007|Strona archiwum miesięcznego

deptanie wieczności noskiem małego trzewiczka.

 Rozpędzanie morałów rondem kapelusza.

Niepoprawna gotowość rozpoczęcia od jutra na nowo.

Problem pojawił się i spowodował uświadomienie pewnych haniebnych zaniedbań. Obserwowałam jak drążył w niej puste nisze. Jak dziury , do których wrzucała pogniecione słowa: ” Dlaczego mam teraz taki kawał zasuwać?!”    “ Z racji bytu” , pomyślałam i więcej juz jej nie słyszałam. Wyszła z jaskini Platona i teraz zaprasza na premierę Dobry jest czas, gdy jawa waży więcej niż sen umiłowany.

Wreszcie życie jak wiatr- bez satelitarnego jazgotu. Pełna spokoju zamyka melodią i słowem drzwi- kawałkiem minionego. Na pamiątkę wszyskich przewin sprawię sobie kiedyś mały park, w którym czasem będę siedzieć- Wierząc. Mały park, w którym mały czas bawi się w filozofa i biega w rozterki. Mały Park Przewin z łatwą drogą odwrotu, gdzie drzwi na klucz otwarte, a usta na oścież zamknięte, by nie czuć smaku goryczy.

To ogród jest. Ogród mój. Mogę w nim chodzić boso pełna nadziei na jutro.

 w rozsnutą na scenie sieć sztuki złowię królewskie sumienie.

opadły czarodziejskie stroje, o włoasnych tylko siłach stoję.

cud.nie.

Czara wezbrana ekstazą, zachwyceniem, wizją przelewa się wyrazami, w których żar duszy już zastygł. I jedyną szansą dla tych skrzepłych płomieni jest spotkanie takiego ośrodka duchowego, który zdoła je na nowo rozniecić, czyli drugiej duszy mistycznej. Lecz te spotkania są prawie tak rzadkie, jak spotkanie się dwóch gwiazd na pustkowiu wszechświata. Na co dzień pozostają komentatorzy grzebiący się w popiołach. Ja natomiast wyrzekam się tych ponurych ekstrawagancji i postanawiam żyć.

Wszystko: Religia, ludzkość, naród, społeczeństwo, idee i ideały- mają swoich “apostołów”, gotowych poświęcić im życie, szukających środków, by je wesprzeć , podnieść, uświetnić. Naturalnym środkiem jest czyn, działanie, Słowo jest jakby namiastką, często wynikiem rezygnacji. Skoro okoliczności nie pozwolą stanąć duszy “apostolskiej” na czele kościoła, czy sekty, otrzymać władzy nad narodem lub jakąś gromadą, np. partią polityczną, pióro staje się jedynym orężem. Może to nadużycie wzniosłego wyrazu, lecz “apostolstwo” najlepiej określa ten rodzaj działalności pisarskiej. W ostatnim szeregu tych wydziedziczonych ludzi czynu znajdują się starzy mężowie stanu lub  dymisjonowani generałowie. Piszą oni pamiętniki, broszury, pamflety, niekiedy trwalsze od ich czynów…

fakt faktem- wszyscy ludzie są dziwni, wszyscy przechodzą zdumiewające przygody, w każdej duszy świat załamuje się w tysiąc tęcz nieporównanej świetności. Każdy , przynajmniej w pewnych momentach, zdaje sobie z tego sprawę, lecz wielu nie ma nawet odwagi się do tego przyznać. Ludzkość w ogromnej większości- to jednostki nieśmiałe. Trzeba nieraz silnych wstrząsów- bolesnych lub radosnych- by zerwać pieczęć milczenia i wtedy padają słowa odkrywcze z ust najmniej wymownych.

pisać to czasem przenieść się w życie fikcyjne, zamienić własne niepowabne ciało i niewesołe stosunki domowe na świeżą urodę i życie wytworne lub malownicze, podnieść własne przymioty do ideału, a swoimi wadami obdzielić istoty skazane na niepowodzenie , albo przeciwnie: wadom dać glorię cnót, choćby złowrogą- wszystkie podobne zabiegi w tysięcznych wariacjach zmierzają do tego, by odjąć część władzy losowi, który nas zamknął w raz ustalonym kształcie i w trudnych do odwrócenia okolicznościach. To arcypotężny bodziec. Pióro staje się różdżką czarodziejską, wywołującą z chaosu rzeczywistych zjawisk nowy, nieznany ład, a jednocześnie berłem, któremu ten ład ulega bez szemrania.

winobranie konsekwencji- zapłata za kwaśne winogrona osobistych czynów…

Jakiś czas temu pewien Ktoś powiedział mi: “Ludzie nie zazdroszczą Ci tego, że się wybudowałeś. Ludzie zazdroszczą ci tego , że ci się CHCIAŁO.”

dziękuję za te słowa. Uczę się wymagać od siebie.

o czym myśli spadający liść-monolog

więc zaczęło się. Trafiłem na powietrzny szlak, a kieruje mną wiatr. Jest to dla mnie szczególny okres, towarzyszy mu ciekawe uczucie, nagle dostrzegam wszystko z perepektywy diametralnie różnej… Przychodzą mi do głowy też bardzo specyficzne refleksje, osobliwie świeże, nieziemskie,, nieraz nawet doprawione odrobiną realizmu, bo zwykle bywają absurdem. Wszystko to faktycznie musi mieć związek z moim oderwaniem się od Drzewa. Krainy mojego dzieciństwa. Sądzę, że z takim entuzjazmem jaki właściwie mi towarzyszy upajam się tą szczególną wolnością, gdyż wraz z potrzebą samodzielnego myślenia budzi się we mnie ciekawość świata.Nieokiełznana. Przebywając w ciasności nierozumnych konarów ginie gdzieś we mnie owa ciekawość- wszelka wnikliwość . bez reszty tonę w potrzebie współdziałania. Natomiast na powietrznym szlaku nie ma z kim współdziałać, toteż pozostaje mi pracować na własny rachunek, zdobywając wiedzę tylko dla siebie. Wszak otrzymuję tyle fascynujących bodźców z otoczenia! towarzyszy temu takie przyjemne rozedrganie…
W tym półwieczu mojego opadania szczególnie zainteresowali mnie ludzie. To byty o nikczemnej posturze, prymitywne karzełki, niesamowicie wręcz ograniczone w swym zapatrywaniu na świat, będący kolebką ich życia. Osobliwy jest ten człowieczy prymitywizm – na przykład całkowicie poza obszarem ludzkiego pojmowania leży nasz stan rozdzielno-łącznej świadomości. Żadnej z tych istot nawet przez myśl by nie przeszło, że wraz z odejściem od swojego Drzewa każdy z nas staje się osobnym bytem, udającym się na spoczynek po niemal rocznej, nieustannej pracy. Słyszałem wręcz, że ludzie bezmyślnie zbierają, depczą, tratują lub palą nasze stare ciała, te same, które prawie rok są nam opoką. Owszem, u kresu powietrznego szlaku mój duch opuści ciało, by przez całą zimę bawić w Krainie Szmaragdowego Snu, a następnie odrodzić się wiosną w Koronie Liściastej Wielojedności – ale to jeszcze nie znaczy, że można bezkarnie moim ciałem poniewierać! Ciekaw jestem, czy te istoty podobny brak szacunku okazują szczątkom własnych przodków.
Najbardziej niepokoi mnie jednak to, co powiedział nam jeden z Podniebnych, który pewnego dnia przybył do nas z wizytą. Podobno na własne oczy widział, jak ludzie obalają i niszczą kolejne Wielojedności, wspomagani przez potężne, zębate monstra. Do dziś nie wiem, czy mam w to wierzyć. Drobne przewinienia można usprawiedliwić ludzkim prymitywizmem, ale nie sądzę, by sięgnął on poziomu, na którym rozmyślnie morduje się prastare istoty, ostoje pierwotnej ziemskiej mądrości, godne najwyższego szacunku!
Z drugiej strony jednak… sam to widzę. To zdają się potwierdzać moje półwieczne obserwacje. Ludzie coraz bardziej się rozprzestrzeniają, stają się agresywni, rozbestwieni. I niezwykle potężni. Dysponują własną, barbarzyńską wiedzą – umieją miotać ogniste gromy, wznosić ogromne, kamienne gniazda, hodować mordercze bestie. Możnaby pomyśleć, że nikt nie jest w stanie przeciwstawić się tym zapalczywym karzełkom, a nasza mądrość jest w porównaniu z ich mądrością całkowicie nieprzydatna. Oni mają środki, które pozwalają na zniszczenie każdej napotkanej przeszkody, stojącej na drodze ku Poznaniu. Kto wie, może kiedyś wydrą sekrety nawet naszym braciom z niebios? My wiemy tylko tyle, ile nasi bracia zechcieli nam wyjawić, ile jest potrzebne, abyśmy utrzymywali serdeczny kontakt, niosący wzajemne korzyści. Oni mogą z czasem dowiedzieć się wszystkiego. My mamy zasady i uświęconą, prastarą tradycją. Oni mają środki i szaleńczą determinację.
A teraz… sam już nie wiem, co jest obiektywnie lepsze i ważniejsze. Wątpliwości, absurdalne i niemal bluźniercze – oto kolejna niespodzianka, która może przytrafić się na powietrznym szlaku.
Odnoszę wrażenie, iż wątpliwe przywileje, związane z podróżą szlakiem podniebnym i ponadziemnym, zostały przyznane każdemu z nas celowo i zgodnie z odwiecznym porządkiem wszechrzeczy. Po to, aby zrozumieć rolę istot takich jak ludzie. Po to, aby choć na chwilę naszym udziałem stało się coś typowo ludzkiego, największy ich dar i największe brzemię – wolna wola. O wolnej woli również słyszałem od Wielojedności, ale jakże w duchu tamtej idealnej współpracy i jednomyślności mogłem pojąć jej znaczenie?
Być może prymitywizm i agresja ludzi to nic innego, jak efekt ich zagubienia w tym świecie, próba zrozumienia otaczającej rzeczywistości, zrozumienia utrudnionego ciągłymi rozterkami, ciągłymi wyborami, niepewnymi i wieloznacznymi? Być może ludziom, z uwagi na ich stale ciążące brzemię i oddalenie od ideałów Wielojedności, również należy się szacunek i duchowe wsparcie? A nuż to właśnie ich próby pojednania z własną naturą ukształtują przyszłość tego świata? Kto wie, czy myśmy nie wypełnili już swego zadania, i czy nie przyjdzie nam niebawem opuścić swych ciał na zawsze, by dołączyć do świetlistych braci w niebiosach i na wieczność pogrążyć się w Szmaragdowym Śnie?
To dobra okazja, by wspomnieć o Szmaragdowym Śnie, gdyż już za chwilę zapadnę w jego objęcia. Z bliska widać ziemię, a na niej dziesiątki mych braci, którzy już zasnęli. Ja zaś, u progu odpoczynku, czuję na sobie ludzkie brzemię oraz podziw dla tych, co je dźwigają. Nie wiem, czy mam żałować, że te odczucia za chwilę znikną. Może zbyt długo myślałem, może nie nad tym, nad czym powinienem. Do przygód powietrznego szlaku ciężko mieć jednoznaczny stosunek. Tak czy inaczej, chciałbym mieć możliwość podzielenia się tymi przemyśleniami z człowiekiem. Sądzę, że byłby to poważny krok ku pojednaniu – nie tylko mnie z ludźmi, ale przede wszystkim ludzi z samymi sobie i tym światem, wraz z jego pierwotnym obliczem.
A teraz – pora zasnąć. Ludzie również śnią. Pora zasnąć z nadzieją, że wspólnie wyśnimy coś dobrego…
 prośba tuż przed zaśnięciem.
nie depczcie po mnie-ja jestem światłem waszej twarzy
kamieniem węgielnym Przyszłości
listem do umarłych
wiatru pożywieniem -
nie depczcie po mnie -
we mnie jest mnóstwo korytarzy
żył złotonośnych apartamentów
we mnie jest ciężar waszych spojrzeń – przekleństw -
przeze mnie biegną drogi gwiazd
neutralne przestrzenie zamiary biedronek -
nie wgniatajcie mnie w ziemię -
jestem flagą Pokoju i Pieśni
świątynią bezdomnych -
zielonym okrętem
ostatnim uśmiechem miast
   

czardziejskość nocnych dróg i błędne pół-zamierzenia.

“(…) a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju      i zapomnij , że jesteś, gdy mówisz, że kochasz”        odprowadzał ją co wieczór. szli w milczeniu drogą pełną niewypowiedzianych słów zaklętych w kamienie.  Ona wlepiała w niego oczy błyszczące od łez. jednocześnie zdawała się jakby płynąć po matafizycznych rzekach do miejsca, gdzie nieszczęsna obawa przed utratą jego uwagi przestanie ją wreszcie naciągać na smutek.  towarzyszyło jej w tej ich wspólnej drodze zbyt duże uwrażliwienie. Odczuwała wszystko w sposób bynajmniej nie subtelny. Najmniejsze drgnienie powietrza, zawachanie głosu, przyspieszony oddech, drżące dłonie – wszystko było dla niej ważne. im drobniejsze tym bardziej skupiała na tym swoją uwagę. Ale dziś mimo późnej pory, mimo deszczu, który zmoczył ich już niemiłosiernie , mimo zmęczenia , które wtargnęło się i  na dobre rozgościło w jej niespokojnych myślach uderzających jak fale o niewzruszoną skałę- mimo to zdolna była do świeżości spojrzenia na mokry asfalt, w którym odbijało się Jej wieczorne zagubienie. On trzymał ją za rękę a ona tonęła w zawiłościach i didaskalich swojej sztuki. Usiłowła wesprzeć się na Jego ramieniu udręczona tym , że ona właściwie z samą sobą nie ma  już nic wspólnego. zawahała się .. Każdy jej krok był przyznaniem się do klęski.  Każde przyznanie się do klęski rodziło podwójne niezrozumienie, które należało natychmiast przeskoczyć jak głęboką kałużę istniejącą dokładnie tuż przed jakimś Wejściem, którego drzwi stanowiły zagadkę pociągającą i zawierającą w sobie tajemnicę poznania.   Pewna swoboda w pojmowaniu stanu w jakim się znajdowała ( to właśnie przychodziło jej z wielkim trudem) była w zasięgu skoku , którego z przyczyn nieznanych nie wykonywała…  Granica światów jakich dotykała  degradowała ją do poziomu samotnego, smutnego i wykorzenionego Pytania spacerującego w tą i z powrotem  korytarzem jej uczuć i obaw. Myślała tylko o zapomnianych słowach i gestach opadających z wykrzywnionego drzewa czasu. On jednak towarzyszył jej w trudnej wędrówce w głąb siebie i umiał milczeć, ale i śmiać się z przedziwnych kompilacji problemów jakie niepotrzebnie tworzyła.  Niezauważalnie zaczął wkraczać w głąb Jej duszy.. szukanie stale nowych form pojednań ze sobą w celu konserwacji sumienia, można nazwać potwornym pustkowiem, dysharmonią dobra. ważne by tylko nie być zazdrosnym świadkiem cudzych nieograniczonych szczęśliwości podczas , gdy samemu stoi się w miejscu ubolewając nad swoim nieszczęściem, ale nie podejmując skoku.Płacze się z wielu powodów- to nieczemu nie dowodzi. “człowiek jest zwierzęciem pytającym. Tego dnia , gdy rzeczywiście nauczymy się stawiać pytania- zaistnieje dialog. Tymczasem pytania rozpaczliwie oddalają nas od odpowiedzi” - chodź Kochana, już późno. Cisza zaklęta w twych ustach to spokój moich słów. tymi słowami skończyli długi spacer i poszli spać, by pozwolić , aby Jutro narodziło się w skupieniu i spokoju. Bez wątpliwości.       

dokąd?

“Człowiek z myślenia ciągłą walką tragiczną staje się tu lalką, zamaskowany maską stałą, jakby bez duszy było ciało..”