Z wielkiej chmury mały jeż.
Świt.
W najgłębszym momencie przed świtem rozlega się pierwszy głos tępy i ostry zarazem jak uderzenie noża. Potem z minuty na minutę zmagające się szmery drążą pień nocy.

Wydaje się, że nie ma żadnej nadziei. To, co walczy o światło jest śmiertelnie kruche. I kiedy na horyzoncie ukazuje się niewyraźny przekrój drzewa, nierealnie duży i prawdziwie bolesny, nie zapominajmy błogosławić cudu.
trawy, drzewa rosną przyzwoicie, bez żadnej wegetacyjnej bujności, wystrzegając się niedozwolonych pieszczot z trzmielami. Są wciąż skrępowane. Nawet róże sznurują usta. Marzą o zielniku.
Staruszkowie przychodzą tu z książkami i zasypiają pod ospałym tykaniem słonecznych zegarów...
1 comment so far
Zostaw odpowiedź
W takim miejscu cudny jest romans z liryką.