Archiwum z listopad, 2006|Strona archiwum miesięcznego

niech ktoś zatrzyma wreszcie CZAS!

Na zagarze wieczór. Na zegarze świt. ledwo zasnę , zaraz muszę wstać. w lustrze witam przemęczoną twarz. Jeszcze sen niedokończony, Senna wpadam w życia szpony. otoczona pajęczyną spraw. Drżeniem rąk zdradzam się. rozedrgane myśli me. idę ulicami jak we śnie. Tchu mi brak , gdy tak macham nogami w powietrzu. stale za szybko gna ten mój czas. Znane są tysiące sposobów zabijania czasu. Szukam mistrza i nauczyciela , który powie mi jak go wskrzesić. Żyjemy w wielkich czasach , gdzie czasu coraz mniej. Mam czasem chwile mglistej takiej zadumy. Staję sobie , ewentualnie siadam na moim moście o dość stabilnej konstrukcji, wrzucam kamyki do wody i myślę sobie- panta rei….

Staś nie liczy dni.
Różnica między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją.

Kręci się świat. A ja razem z nim. Czasem tracę grunt, mylę krok, by jutro pełna wiary bez tchu pędzić przez mrok!
Z mej drogi szary pył przemieniam w sny , bo dobrze wiem , że by śnić trzeba IŚĆ.

BESAME MUCHO


Stoję na skraju piasku  i morza. wiatr wieje w przeciwną stronę niż wiał kiedyś. Nagle horyzont przybliża się, staje się bardziej namacalny i oto widzę nadpływający osobliwy statek, wiozący ładunek wzruszeń. Jego żagle mają barwę i zuchwałość najprzedniejszych win. Zgromadzona na dziobie załoga przypatruje mi się uważnie , po czym śpiewa swoje ulubione pieśni. Poszukując nut kolejnego portu, wciągnęli na maszt banderę nieskrempowanych melodii. Ich śpiew zmusił do milczenia poza mną również zwodnicze syreny i zaczarował twórców, których spotkali w podróży. Nie spuszczam ich z oczu. Staram się też nie mrugać. Natchniona wiatrem czystej poezji patrzę jak dmą w żagle i struny głowsowe. To panika i spółka dały im tę czelność.

Kilkoma akordami zarzucają kotwicę przy ruchomych brzegach, gdzie czas płynie mi na codzień strugą wina, a przestrzeń roztapia się w marzeniach. Statek zburzył całkiem szyk zakotwiczonych łodzi. Ekshibicjonistycznie wystawia burtę, ukazując urzeczonym spojrzeniem świetliste przesłanie dla wątpiących. Postanawiam więc świeżą farbą odmalować wszystkie słabości wątpliwego pochodzenia…

Mikroświatów zmysłowe obszary…

Czary. Zaklętych oczu błysk różany i przestrzeń zamknięta w mych dłoniach . Skąd ta myśl o ucieczce w nieznane? Może mam nieczyste sumienie, gdy patrzę za siebie kochanie… Chcę prawdę wyrwać spod maski i zbierać za to oklaski! podczas, gdy Ziemia rwie się spod stóp, a świat z diabłem bierze ślub…Marzenia nie znikają wraz ze świtem, młodość daje im lotność , by trwały w komedi życia zabawnej. Twoja jakby nieznanym półcieniem ogarnięta twarz jak kątem oka muśnięty pejzaż budzi we mnie niespotykane kompilacje uczuć. przede mną bezmyślnie podeptane kwiaty, a z Tobą chwila w pośpiechu niedopitej herbaty. A między wierszami Twych spojrzeń moje pytające oczy. Jestem zdumiona każdą zapowiedzią głębiej wziętego oddechu, którego finał nie stanowi jasnej puenty. Machinalnie mrużę oczy w zapatrzenia przestrzeń lśniącą, w Twoją postać zagadkową, ujmującą… Niech się myśli nasze złączą w pół-życiu zbyt szybkim jeszcze przed zmrokiem cicho zapadającym w mej głowie. W sadzie pod drzewem podaj mi rękę, można by razem powspinać się na drzewa. Taka pora jest w sam raz- dla Nas ukrytych w świetle czarodziejskich Gwiazd. I nie znajdą tam nas od zmierzchu,aż po blask, bo ja wiele znam tajemnych przejść do całkiem innych miejsc…gdzie świat układa chwile z liści Słoneczników.. Mikroświatów zmysłowe obszary- to właśnie Kochanie- są czary…

Tyś jest swoim Ja.

Na początku było Słowo . w złym czasie i miejscu. Niedoskonałe jak na początek. Jak na pierwsze wrażenie- dość- niefortunne.

parada oderwanych wątków rozbita na tysiąc kawałków. dwa tysiące, trzy tysiące…cała armia hałaśliwie smutnych słów. smutek bezsilności jest ich przeznaczeniem. pozbawione mocy wróżek, słowa słone toną w morzu łez. nie jest tajemnicą w czym tkwi cała słodycz. każdy to wie, nie każdy potrafi, ale dajcie mu punkt zaczepienia a poruszy Ziemię. Wzruszeniem ramion nie chcę żęgnać więcej dni. wieczorem , kilka długich lat temu opuścił mnie mój cień, wrócił dzisiaj późnym popołudniem, by przeprosić, smutny kryjąc wstyd, że włóczył się zbyt długo. zasnął gaduła w milczeniu zmęczony w mojej ukryty głowie , bezpieczny do świtu. splot chęci zniszczonych jak po wojnie stoi za moim oknem wykluczając krzykliwe uciszanie , zamazywanie, deptanie , zapominanie, oszukiwanie sumienia. prawda musi tak stać, by mogła mocno zaboleć. każdy ma jakiś cel. Prawda musi tak stać. zawsze widoczna i tak nieznośnie cierpliwa. cierpliwie milcząca nie uznaje słów. Słowa lecą z wiatrem nie pod wiatr. tylko martwe ryby płyną z prądem. Jestem niewyobrażalnie zmęczona… zmęczona patrzeniem w okno. zmęczona bólem. jestem na dobrej drodze, wystarczy iść. szkoda słów. szkoda słów. szkoda słów. Jeden krok, pierwszy, następny, kolejny , kolejny, tuziny upadków, krok, krok, krok, wystarczy iść. i myśleć.


“potrzebujemy jakiegoś “novum organum” prawdy, trzeba na oścież otworzyć okna i wszystko wyrzucić na ulicę, a przede wszystkim samo okno i nas wraz z nim. śmierć albo wzlot. musimy tak zrobić, tak czy inaczej, ale musimy. mieć odwage wkroczyć na przyjęcie, na głowie olśniewajacej gospodyni złożyć cudowną zieloną ropuchę, podarunek nocy, i bez zmrużenia oka znieść zemstę lokajów. tak właśnie trzeba. iść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko, by wszystko na nowo spamiętać. Ogólne wrażenie nie istnieje.”

Biedny martwy kwiat! kiedy zapomniałeś, że jesteś kwiatem? kiedy spojrzałes na siebie stwierdzając, że jestes bezsilną brudną starą lokomotywą?
upiorem lokomotywy? widmem i cieniem niegdyś potężnej szalonej amerykańskiej lokomotywy. Nigdy nie byłeś lokomotywą, Sloneczniku, zawsze byłes Słonecznikiem!
A ty Lokomotywo, jesteś lokomotywą, nie zapominaj o tym!

Mamę swoją dzisiaj przepraszam. słowa nie znaczą nic. zupełnie nic.

Sugestywnych skrótów stan.

Serpertyno sensu suń.Skojarz słów spiralny strój. Miasto moje wieczorem traci głos. Chrypi i zgrzyta ledwo dyszy , i ciągle nie ma dosyć ciszy. Jutro ciekawi mnie ogromnie. Jest szansą, któa wszystko zmienia, dlatego nie spisuję wspomnień, a notuję swoje marzenia… W mych spacerach po przedziwnych drogach, szukam siebie w smugach deszczu, w gęstej mgle, w listopadzie , rosie , łzie… w zimnym wietrze, śpiącym mieście, w cudzie wieczornego chłodu. Oddech Twój choć odległy zmienia lęk w piękny , czuły dźwięk. Śnię i śpię w świetle gwiazd. Pędzący czas tu nie znajdzie mnie. podmuchem wiatru targana namiętnie jak liście jesienne… kończę swój lot w Twoim ogrodzie, by znowu unieść się i lecieć. Dokąd?

pod niebienie

Tą ulicą poszłam w przypadkowy spacer…

Ten brak czasu tak dolega, chciałam chociaż raz inaczej… 

czemu nie.

  Dokąd zmierzam w swoich snach wiem tylko ja.

 zapragnęłam deszczem być. wiatrem ciepłym. lepką mgłą. 

Ta ulewa co wczoraj za moim oknem doszczętnie zalała niebo, wypłukała mnie z grzechu racjonalizmu. Wina czerwień szepnęła , że nie boję się latać…

 Trwożnie, zimnym zmierzchem patrzę w dal.

Niech się na scenie moje słowo prosto i jasno tłumaczy. Niech będzie co dzień i na nowo przeciwko czemuś… za czymś. Oto mój plan na początek.

Proszę miej własny świat i wracaj, gdy chcesz..a ja..Będę tu.

Znowu jestem tu, a niepamięć już mnie zna. Ten dom , gdzie zupełnie inna ja.

Popielata mgła, śnieg na szczycie gór. tropikalny deszcz, lód na szklanki dnie.Chmurą, rzeką , wieczną bielą , burzą, rosą. Akwarelą.

Inna. Nowa. obłąkana.Zgasła. Żadna. Zapomniana. Zakochana.

Zbliża się zmierzch do Twoich stóp. Za chwilę będzie Tu. Przyniesie Ci ziarenka snu.Będziesz mógł po nich biegać boso. Niech Twoje sny są cudowne jak żywy świat, gdzie w kępie mchu kosmate ćmy myją sobie skrzydła w kropli rosy.

Za nieba jedną łzę oddam ziemi garście dwie. Nie mów , że tak wiele za niewiele chcę. Dziś pragnę zmieszać pył z mych rąk z rosą z Twych niebiańskich łąk. Na całe noce. Całe dnie.

Znowy szept, dotyk, zapach twój
Wzburzony szczęściem oddech mój
Największy czar, najgłębszy sekret dusz i ciał …

Chcę dać Ci jasne sny. Ranne mgły. Wonne bzy. Nocne ćmy. Letni sad, świat bez wad. Stary płot. Ptasi lot…

.Duszę.  

Zdjęcia: Karol Szymański

sto źrenic.

“Proszę pozwól mi raz jeszcze poczuć Twój dreszcz, niech w ciele mym gra, jak wiatr w skroniach wierzb. Pozwól, proszę niech noc ta odbierze mi wzrok. Ja źrenic mam sto na skórze mych rąk. Zanim chłód, zanim lęk, zanim świt, zanim dzień chcę strzec Twego snu i tulić Twój cień. Proszę pozwól mi znów czekać z Tobą na deszcz. Być kroplą, co drży na skraju Twych rzęs.


białe koperty sprzyjających przypadków…

 

A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą ,i udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą. Czasem życie zasłania to , co jest większe od życia. Czasem góry przysłaniają to, co jest za górami. Trzeba więc przesunąć góry, ale ja nie mam potrzebnych środków technicznych. Ani siły. Ani wiary, która przenosi góry. Więc nie zobaczysz tego nigdy. wiem to i daltego Piszę…Proszę Cię Boże daj mi siłę, bym mogła uczynić to , czego nie udało mi się dokonać wczoraj. proszę pokieruj scenariuszem. nie mam już wiary, Siły, ani sprzyjającego przypadku. nie mam pieniędzy, białych kopert i natury łapówkarza. przyjmij więc w zamian moje Szczęście…

potrzeba pisania targa mną jak wiatr starą gazetą po pustych ulicach. potrzeba pisania ciągnie mnie za ręce jak więźnia skazanego na śmierć , wyrywa mnie ze snu , znęca się. wciąż głodna. bezlitosna jest. I jakże potrzebna…(?)po wsze czasy upadać będę i po wsze czasy o kolejny upadek będę pewniej wstawać. Nie przewrócą mnie słowa, ani węzęł związanych zdań na skrzyżowaniu Łez.

Następna strona »